chciałam stworzyć coś specjalnie na Twoje urodziny i przez wieki całe dwóch godzin walczyłam z topornością swoją, by zmajstrować pierwszego (któż wie czy nie ostatniego hehe) skrapka w życiu :D
Efekt tych zmagań poniżej, ale najpierw chcę Ci życzyć pomyślnych wiatrów (jakkolwiek dość dwuznacznie to brzmi :D), samych pozytywów i tego, by wszyscy kochali Cię tak bardzo, jak Twoja siostra :D:D:D
Oczywiście zażywanie kąpieli słonecznych i ładowanie sflaczałych miejskim życiem baterii były powodami, które przywiały mnie w te strony. Przed wyjazdem zaopatrzyłam się w porządny krem z filtrem, mając w pamięci przykre doświadczenia z poparzonej słońcem przeszłości (szczególnie z Rodos, kiedy to wraz z Mary spędziłyśmy cudny dzień w parku wodnym, w przypływie ekscytacji zapominając jednak o systematycznym wcieraniu w siebie przecwisłonecznych specyfików, czego efektem było cierpienie spalonych ud i niemożność chodzenia przez kolejne dwa dni. Na szczęście Mary - mniej spalona - poratowała mnie wówczas swą siostrzaną opieką wspomaganą zimnym piwkiem :D). Tym razem wakacje jednak bez siostry, więc strach przed słońcem tym większy! Cóż mogę powiedzeć - starałam się, wcierałam, wklepywałam, wsmarowywałam i... ucierpiało prawe ramię, plecy (najboleśniej) i stópki :D Dziś już wyglądam znośnie, ale było ciężkawo. Nic to - taki widać urok mojej karnacji. A dla Was do pooglądania plaże i słoneczne chwile :)
I coś, co absolutnie zauroczyło mnie na Lanzarote - mnogość ślicznych kaktusów (jest tu nawet Ogród Kaktusów, stworzony przez tego artystę, który zarządził, jak cała wyspa ma wyglądać - niestety nie dane mi było tam pojechać. Wielka szkoda :-/). Tak czy siak kaktusów kilka dla Was mam :D
Lanzarote oferuje mnóstwo atrakcji turystycznych, w tym wiele wycieczek. Udałam się na jedną z nich (stąd tyle wiem hehe). Największą atrakcją (niekoniecznie turystyczną, ale przy okazji) jest Park Narodowy Timanfaya, gdzie większość niszczycielskich wulkanów sobie przebywa. Nazwa "park" jest dość prześmiewcza, bo wszędzie tylko lawa i wulkany - ale trzeba przyznać, że wygląda to pięknie!! Na szczycie głównego wulkanu jest restauracja El Diablo (zaprojektowana przez już znanego Wam artystę), a symbolem parku jest przesłodki diabełek :D [W XVIII wieku erupcje wulkanów zniszyczyły większą część wyspy, toteż wszyscy sądzili, że musi być to robota diabła :D). Tak czy siak, jak już się człowiek dostanie do Parku ma okazję się przekonać, jakie tam wszystko jest ciągle gorące - dostajesz do łapy garść ziemi, której nie możesz przez 5 sekund utrzymać, bo paaarzzyyy; potem podziwia się gejzery (miły pan do dołka wykopanego w ziemi wlewa wiadro wody i BUM, gejzerek już tu jest) oraz patrzy jak szybko zapala się kłąb trawy położony w jednym z wykopanych (niezbyt głębokich) dołów. Urocze :) Mięcho w restauracji pieką korzystając z żaru idącego z wulkanu (cóż za oszczędność!) :D
Park ten jest niewątpliwie miejscem wartym ujrzenia.
Po zwiedzaniu powyższego zafundowano nam przejażdkę wielbłądami - poniżej umieszczę fotki tych biednych stworzonek - na szczęście beze mnie na grzbiecie hehe (mam fotę, ale w wersji papierowej jeno). Tego dnia była jeszcze wizyta w winnicy i testowanie tubylczych wynalazków (jeden jest naprawdę fajny :D) oraz zwiedzanie "Jaskini Wody" (może zabrzmię dość nudno, ale to znów pomysł i dzieło TEGO artisty :D). Miejsce nieziemsko zielone i piękne, a w małym jeziorku pośrodku żyją sobie maleńkie kraby, które ponoć występują tylko tu.
Wydawało mi się, że napisałam elaborat na temat tej ślicznej wysepki, ale nie mogę go znaleźć.
Tak czy siak jeden dzień spędziłam na Fueteventurze, która jest zupełnie inna od tej, na której wakacjowałam - dużo tam nowoczesnych budynków i jakoś więcej życia. Generalnie na pewno warta odwiedzenia.
Tą rakietą powyżej płynie się 14 minut z jednej wyspy na drugą.
Mialam caly tekst przygotowany, ale ten komputer, ktorego uzywam jest DURNY, wiec na razie zdjecia tylko, a tekst dokleje pozniej :) Taaaa.... mam tekst, ale z krzakami, bo jakos nie wzielam pod uwage, ze nie na kazdym kompie sa polskie znaki - to na wyjasnienia musicie poczekac az wroce do UK .-/
No dobra, troche tekstu, bo tak to lyso - to moj hotelik, w ktorym nocowalam:
Chwilowy zastój czas przerwać, ale dziś beztekstowo :D
Coś specjalnie dla Julii :D (po wielu znojach znalazłam wreszcie TO zdjęcie hehe).
Dzisiejszą notkę sponsoruje zatem litera J. oraz dwa drzewa :D
(te drzewa to z Leicester Square - jakaś premiera była w tamtejszym kinie - szczerze mówiąc nawet nie wiem czego, ale zrobili wielkie ura-bura wokół tego :D)